poniedziałek, 18 listopada 2013

Sprawy


   Ostatnimi czasy z bloggera odeszło wiele bardzo dobrych pisarek. Dlaczego? Zadajecie sobie to samo pytanie? A może uznajecie to za całkiem normalne? Głowię się nad tym od kilku tygodni i próbuję zrozumieć tok myślenia, nasz, czyli autorek i Was, czyli czytelników.  Może przy Waszej pomocy uda mi się rozwiązać ten problem. Więc mam jedno, jedyne pytanie. Dlaczego nie komentujecie ima ginów, opowiadań? Dlaczego naciskacie na nas, byśmy wstawiały ima giny, skoro my też mamy swoje życie? Pisanie opowiadać, imaginów i innych fanfictions ma być dla nas przyjemnością. Dla Was przyjemnością ma być ich czytanie. Czy nie tak powinno być? My powinnyśmy pisać, a Wy komentować, wyrażać swoje zdanie, mówić co się podoba, a co nie. Każda z nas przyjmie krytykę, ale uzasadnioną. Czy to tak dużo napisać 2-3 zdania? A co my mamy powiedzieć? Każdy imagine zawiera co najmniej 1000 wyrazów. Nie wspomnę o tym, że trzeba go jeszcze sprawdzić i poprawić błędy. Napisanie postu nie zajmuje nam 10 minut.  Staramy się jak możemy, piszemy dla siebie i dla Was, ale ja już naprawdę mam dosyć tych ciągłych pretensji.  Nie da się robić tysiąca rzeczy na raz, a oprócz pisania mam też szkołę. Zresztą nie tylko ja. Weronika, Maja, Magda też mają szkołę. Wy przecież też. Ale zobaczcie, każda z nas znajduje czas, żeby zajrzeć tutaj. I każda z nas poświęca swój czas.
      Kiedy czytałam komentarze pod pierwszym postem Madzi, zrobiło mi się trochę smutno.  Wiem, że blog nie jest ten sam, co kiedyś, ale pomóżcie nam. Wspierajcie nas, bądźcie z nami. Chyba nic więcej nie potrzebujemy oprócz Waszej obecności.
      Ja osobiście proszę o zrozumienie. Potrzebuję czasu, by to wszystko ogarnąć. Biorę 3 tygodnie urlopu i od jego końca zabieram się za bloga. Obiecuję, że się poprawię, ale Was jednocześnie proszę o to samo.

                                                                                            

~Agata
                            

#151 Niall



I never would of thought that,
Feelings could get thrown in the air.
Cause I accidentally caught that.
I need some new boxing gloves, shit got hectic whenever I fall back

Wrzesień 2013
Niall’s P.O.V.

-I to będzie kolejny krok promocyjny. Pokażemy światu waszą dojrzałą stronę. Zaimponujemy wszystkim dorosłym, którzy widzą w was jedynie puste gwiazdki, na widok których mdleją miliony żałosnych dziewczątek. Do tego wszystkiego narobicie wokół siebie pozytywnego szumu i kto wie, być może któraś z placówek oświatowych zostanie nazwana waszym imieniem?
-Właściwie to nie imieniem… - spróbowałem nieśmiało wtrącić.
-Och,  Niall, zajmij się tym co robisz najlepiej. Czyli myślenie odpada. – Z Marco, naszym dyrektorem do spraw marketingu, nie sposób było się kłócić. Był jedynie trybikiem w wielkiej maszynie, jaką był Modest, a mimo to uważał się za co najmniej absolwenta Harvardu, Oxfordu i Stratford razem wziętych.  – Jak już mówiłem, lepiej waszych krótkich wakacji wykorzystać się nie da. A przy okazji uszczęśliwicie te biedne dzieciaki. 19 września będzie odpowiednią datą? Idealnie.
Czy on do jasnej cholery mówi do siebie?
-Zatem do zobaczenia, Angela przygotuje wam różne mądrości, które powiecie w trakcie spotkania. Głównie jakieś pierdoły o tym jak sobie radzić ze stratą bliskich nam osób, że trzeba się wspierać, pomagać sobie, a samobójcy to tchórze. Bla bla bla. – Marco niewzruszony ani wściekłą miną Liama, ani pogardą w oczach całego towarzystwa zebranego w pokoju, wyszedł nawet się nie pożegnawszy. Cóż, traktowanie ludzi jak śmieci było jego domeną. Wyrzuciłbym gościa na zbity pysk, ale trzeba przyznać, że jego pomysły były dobre. Chociaż nie kierowaliśmy się bezinteresownością, ale czystą potrzebą zysku i rozgłosu, to i tak obie strony czerpały korzyści. Mam nadzieję.
19 września odwiedzamy sierociniec. 

Your P.O.V.

-Uciekaj księżniczko, bo jak cię złapię, to nawet ten twój pas cnoty cię nie uratuje! No szybciej, cnotko, zapierdalaj schować się w kiblu. I tak cię dorwę, będziesz moja! Zapamiętasz ten dzień do końca życia. Będę cię rż… - Zatkałam uszy z całej siły. Paznokcie wbijałam głęboko w małżowiny, a oczy zacisnęłam tak mocno, by łzy nie pociekły po mojej poobijanej twarzy. Pięknej twarzy… Rozległo się donośne walenie w drzwi, potem brzęk tłuczonego szkła i ciche chrobotanie. Przerażona spojrzałam na kratkę szybu wentylacyjnego. Który raz przyjdzie mi przeciskać się tędy w nadziei, iż moim oprawcom w końcu znudzi się gnębienie mnie? Josh, Alex, Fred, PJ… Nie dawali mi spokoju od ostatnich 3 miesięcy.  Spodobałam im się, a oni nigdy nie odpuszczali, dopóki nie dostali swojej nagrody. Kurwa, czy ich wredne koleżaneczki nie mogłyby wziąć się za siebie? Zrzucić trochę sadła, dobrać lepszą tapetę, a nie tylko pomarańcz na mordzie i przestać zakładać wiejskie ciuchy? Czy to takie trudne? Może wtedy paczka tych idiotów odczepiłaby się ode mnie i przerzuciła na nie. Może… Not gonna happen. Mimo tragicznego wyglądu, Christina, Diana i Liz były „królowymi” szkoły. Jaka królestwo, tacy władcy… Gówniane. Szczęśliwie te laski uprzykrzały mi życie jedynie złośliwymi docinkami. One chociaż nie chciały mnie zaliczyć, ale jedynie zazdrościły. Jedynie. Myślałam o tym przeciskając swoje wychudzone ciało przez wąski szyb. W końcu udało mi się wydostać przed szkołę. Bądź co bądź, droga nie należała do najprzyjemniejszych, ale w porównaniu do tego, co mogło mnie czekać z rąk Josha i jego bandy, wolałam szyby wentylacyjne jakieś sto razy bardziej. Podbiegłam do budynku, w którym mieszkaliśmy. Nasz sierociniec miał pierwotnie przypominać kampus. Jeden budynek – szkoła. Drugi budynek – internat. Trzeci budynek – stołówka. Czwarty budynek – biblioteka. Piąty budynek – pływalnia i siłownia… W rzeczywistości, mimo grubej kasy idącej z dofinansowania, nasz „kampus” składał się z obskurnej szkoły, iście więziennej stołówki, zimnego basenu pełnego bakterii i budynku mieszkalnego, gdzie szczęśliwie mieściła się moja „jedynka”. Skromne pomieszczenie, do którego właśnie weszłam, w niczym nie przypominał mojego dawnego pokoju… Stało tu jedynie łóżko, biurko i niewielka komoda. Na tablicy korkowej wieszałam różne notatki, swoje rysunki, teksty piosenek i jedno jedyne zdjęcie, na którym jestem z rodzicami i bratem. Na wspomnienie tragicznych wydarzeń minionego roku poczułam piekące łzy kołyszące się niebezpiecznie na rzęsach. Nie, nie teraz, nie po raz kolejny tego dnia. Muszę wierzyć, że coś mnie tu trzyma. Coś dobrego na mnie czeka. Musi na mnie czekać. Przecież każdy człowiek ma jakiś limit cierpienia w swoim życiu… Jeśli tak, na mnie czeka już tylko szczęście, samo szczęście. Głęboko w to wierzyłam. Wierzyłam, że gdzieś tam czeka ta jedna osoba, która wyrwie mnie z tego bagna, pokaże smak miłości, uratuje od miażdżących myśli, bólu i codziennych upokorzeń. Osoba, która pozwoli mi poczuć się ważną i kochaną. Po raz pierwszy od dziesięciu miesięcy.

Grudzień, 2012
Mamoooo… - mruknęłam, niezadowolona. – Ileż jeszcze mam piec tych ciast? Przecież jest nas czworo, nie zjemy tego wszystkiego.
-Och, nie marudź, [T. I.]. Jeśli nie zjecie tego wszystkiego, to zaniesiemy trochę do tego nowo otwartego sierocińca. Mój Boże, nie wyobrażam sobie ile musiały wycierpieć te biedne dzieci… Święta to dla nich szczególnie trudny czas… - mama popatrzyła ze współczuciem na krajobraz rozprzestrzeniający się za oknem, tak jakby miała tam dojrzeć osobę, która powoduje całe cierpienie świata, podejść i ukręcić jej kark. Tak, moja mama miała wielkie serce, serce pełne dobroci i współczucia dla pokrzywdzonych i chorych, a także mnóstwa złości dla ludzi bezdusznych i bezwzględnych. – Dobrze, że mam was, dzieci. Wasz uśmiech pozwala mi choć na chwilę zapomnieć o tym okropnym świecie.
- Dobrze, że my was mamy, mamuś. – cmoknęłam ją delikatnie w policzek. Do kuchni wpadł Connor i rzucił się prosto na nas. Trzy blachy z ciastami roztrzaskały się o podłogę na skutek uderzenia naszej trójki o blat. Cały dom wypełniły dźwięczne śmiechy, żartobliwe przekleństwa i dźwięk migawki aparatu, który mój tato natychmiast uruchomił. Cztery godziny roboty na marne. Cudownie. 



Wrzesień, 2013
Samotność. Co ona właściwie oznacza? Brak bliskich osób? Brak rodziny? Przyjaciół? Zamknięcie się we własnym świecie? Smutek? Żal? Brak miłości…? Powierzchownie oceniając to uczucie, tak właśnie możemy je opisać. Dla mnie jednak samotność oznaczała świadomość tego, że miałam wszystko. I to moje „wszystko” straciłam. Po prostu. Bez racjonalnego powodu. Straciłam, bo los tak chciał. A teraz mam jedynie samotność. Samotność, która wypełnia w moim sercu pustkę po mojej rodzinie, nie pozwalając żadnym pozytywnym uczuciom zająć miejsca bolesnych wspomnień. Poczucie osamotnienia daje mi świadomość, że tak naprawdę nieważne jak bardzo będę starać się ruszyć do przodu, ba!, nawet jeśli mi się to uda, to i tak nigdy nie osiągnę pełni szczęścia, nigdy nie wrócę do miejsca, w którym byłam dziesięć miesięcy temu. To poczucie jest tak przytłaczające, frustrujące i poniekąd sprawiało, że głupiałam. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie było przy mnie mamy, która powiedziałaby mi co robić. Nie było taty, który obroniłby mnie przed złem całego świata. Nie było brata, który zastąpiłby mi wszystkich przyjaciół, gdyby tamci mnie opuścili. Ale zarówno przyjaciele, jak i moja rodzina zostawili mnie i tak. Teraz pozostało mi tylko czekać. Czekać na TĘ osobę. Czy to możliwe, że w cieniu mojego cierpienia, kryje się ten ktoś, kto przemalowałby ciemność mojego życia na barwy szczęścia i miłości? Czy to możliwe?

Niall’s P.O.V.

Cholera, cholera, cholera. To już jutro. Boże, jak mam spojrzeć w twarze tych wszystkich nieszczęśliwych dzieci, które liczą na to, że jutro poczują się inaczej? A jeśli nie poczują się szczęśliwe? Jeśli domyślą się, że jesteśmy tam tylko dla rozgłosu i dobrej sławy? Jeśli ich rozczarujemy? Co gorsza, mają prawo się rozczarować. Mamy być przykładem dobrych ludzi w show biznesie… A tak naprawdę wszystko sprowadza się do jednego – zdobycia jak największej popularności i utrzymanie jej przez jak najdłuższy czas. Takie życie wybrałem i nie ma co pluć sobie w brodę. Ale do cholery jasnej, wciąż jestem człowiekiem! Więc czemu nie odczuwam teraz współczucia, a jedynie strach przed zdemaskowaniem? Czyżbym aż tak się zmienił z dobrego, nieśmiałego chłopca w młodego artystę z sodówką w głowie? Niemożliwe… Cholera, cholera, cholera! Ile jeszcze razy powtórzę to słowo? Przydałaby mi się… Ugh, Niall, zamknij się wreszcie! Nie, nie znajdziesz dziewczyny. A jeśli znajdziesz i się zakochasz, to tym gorzej dla ciebie, bo Modest jej nie zaakceptuje. A mimo to… Tak bardzo chciałbym spotkać tę osobę. Taką, dla której mógłbym się zmienić. Dla której mógłbym nawet rzucić to wszystko. Tylko po to, by czuć jej dotyk codziennie na swojej skórze. Widzieć ją zasypiającą co wieczór przy mym boku. Ścierać łzy z jej policzków, gdy się smuci, albo wtedy, gdy rozśmieszę ją do łez. Chciałbym robić z nią tysiące tych rzeczy, które robi się ze swoją ukochaną. Ukochaną… To słowo powinno być mi bliskie, a mimo to, nigdy nie byłem szczerze i na zabój zakochany. Chyba, że w skrzydełkach z Nandos… Czy spotkam ją w końcu? Każdy z chłopaków ma za sobą już wiele miłosnych epizodów. Jedynie ja pozostałem robiącym dobrą minę do złej gry uroczym singlem. A mimo to wierzę, że ona na mnie czeka. Ja jedynie muszę ją znaleźć. Tylko kiedy niby mam to zrobić, gdy nawet nasze urlopy wykorzystujemy na promocję…?

Mamy pierwszą część, na razie takie wprowadzenie w myśli bohaterów. W następnej części dojdzie już do spotkania. Jak myślicie, czy Niall pozna w końcu swoją długo wyczekiwaną miłość? Liczę na Wasze komentarze słoneczka i słoninki (jak to mówi moja pani od biologii), jeśli się szybko uwiniecie z jakąś ładną liczbą komentarzy, to dodam kolejną część do piątku ;> Zależałoby mi na tym, żeby wszyscy, którzy przeczytali zostawili chociaż kropeczkę :) Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że Was choć troszkę zaintrygowałam. Pozdrawiam Was gorąco i życzę przetrwania tego tygodnia! 

Madzia

 

niedziela, 17 listopada 2013

Cześć i czołem!

Nie będę ukrywać, że pisząc tego posta wciąż jestem mega zaskoczona i mega szczęśliwa. Bardzo się cieszę, że dołączam do załogi na tym blogu, że będę pisać dla Was razem z dziewczynami. 

Mam na imię Magda, mam 16 lat. Chodzę do 1 klasy liceum. Moja przygoda z One Direction trwa od 2 lat i to właśnie dzięki chłopakom możemy się tutaj dzisiaj poznać. Nie potrafię siebie określić jednym słowem, więc jeśli chciałybyście się mnie spytać o cokolwiek, piszcie śmiało, czy w komentarzach, czy na Twitterze. 

To co na pewno wszyscy powinni wiedzieć - jestem totalnie lewa z informatyki! Postaram się ogarnąć bloggera, na pewno mi to chwilkę zajmie, mam nadzieję, że posty mi się nie będą rozjeżdżać ani nic z tych rzeczy :D Jeśli chodzi o imaginy - jutro dodam swój imagin konkursowy, a właściwie jego część. Podzielę Wam go troszkę, żeby nie nastąpiło przeładowanie, bo trochę mi zajął :)

Jeszcze raz dziękuję dziewczynom za szansę, postaram się ją wykorzystać w 100 procentach i cóż, przygodę czas zacząć! Do zobaczenia jutro na randce z... no właśnie, z kim? :) Pozdrawiam Was gorąco,

Madzia

Nabór - wyniki

Kochani, po znacznie dluższych, niż miałyśmy to w planach, namowach udało nam się w końcu wybrać  osobę, która dołączy do naszej trójki na tym blogu :) Z całych serduszek przepraszamy, że na wyniki musieliście czekać aż do dziś. Napisała do nas ogromna ilość niesamowicie utalentowanych osób i naprawdę ciężko nam było cokolwiek w tej sprawie postanowić, ale w końcu wybrałyśmy jedną spośród nadesłanych prac, a jej autorkę - z którą zdążyłyśmy już po krótce porozmawiać i poinformować ją o wszystkim - niedługo poznacie osobiście.

Chciałybyśmy serdecznie powitać w naszym gronie Magdę! Jej praca wydała nam się absolutnie najlepszą z najlepszych i jesteśmy całkowicie pewne, że jej twórczość zachwyci was tak samo, jak zachwyciła nas :)

Mamy nadzieję, że ciepło przywitacie ją na naszym blogu!

Kochamy i pozdrawiamy
Weronika, Maja i Agata

sobota, 9 listopada 2013

#150 Harry ( część 5 ) zakończenie

                                                                            music


Niebo się zachmurzyło, a księżyc przyćmił swym blaskiem gwiazdy.  Dzisiejsza noc była wyjątkowo piękna. Piękna i napawająca smutkiem i mrocznymi myślami. Był środek nocy, a ja chodziłam po pustych uliczkach Sheffield. W tamtym momencie nie martwiłam się o nic. Byłam jak latające piórko. Lekkie, nieświadome, zagubione i niewinne. Niewinność to cecha względna.  
- Gdzie ty jedziesz? – Harry zawrócił konia i ruszył za mną. Po krótkiej chwili mnie dogonił.
- Skłamałeś, Harry – twardo upierałam się przy swoim.
- Przecież nic się takiego nie stało.
- Nienawidzę kłamców, zapamiętaj to sobie.
- Przecież dobrze o tym wiem – chłopak złapał mnie za rękę. Strzepnęłam jego dłoń i mocniej chwyciłam za wodze.
- To dlaczego mnie okłamałeś?  – spytałam całkiem spokojnie przy okazji popędzając konia palcatem.
- Dlaczego uciekasz?
- Spytałam pierwsza – Harry nienawidził pytań na które nie znał odpowiedzi. Wtedy zawsze  wymigiwał się i zmieniał temat.
- Zejdź z konia – polecił mi, ale nie posłuchałam.
- Nie rozkazuj mi – byłam uparta.
- Powiedziałem żebyś zeszła z konia – jego głos był zimny jak lód. W  postaci sopla przeszył moje ciało i zatrzymał się w żołądku.
- Nie ma mowy. Robię to, co chcę, nie masz prawa mnie pouczać.
- Zejdź natychmiast z tego cholernego konia, proszę – zmiękłam pod wpływem jego zachowania. Był największym idiotą jakiego w życiu spotkałam. Zatrzymałam konia, wysunęłam nogi ze strzemion i zeskoczyłam prosto w gąbczasty mech.
- Czego ode mnie c… - nie pozwolił mi skończyć napierając na moje usta. Moje początkowe zdziwienie ustąpiło specyficznemu rodzaju radości i podniecenia. Harry oparł się rękami o pień drzewa i przydusił mnie do siebie. Przylegałam do niego całym ciałem i zachłannie, jak w transie oddawałam pocałunki. Raz, dwa, raz, dwa ,raz, dwa- hipnotyzująca rozkosz przeszywała moje ciało i powodowała, że mięśnie samoistnie się rozluźniały i napinały.
Gdybym teraz mogła cofnąć czas i wrócić do tamtych chwil, zrobiłabym to bez wahania.  Rzuciłabym wszystko, pracę, dom, dotychczasowe życie i stała się znów nastolatką. Teraz z perspektywy czasu, zmieniłabym tyle w swoim życiu, że na pewno byłoby lepsze. Naprawiłabym błędy przeszłości i  niespełnione marzenia. Gdybym tylko mogła cofnąć czas.
Powietrze było wyjątkowo rześkie. Wiatr lekki, północny wiatr, który rozwiewał moje włosy. Czułam się prawie tak samo jak wtedy.
- Chyba się w tobie zakochałem – jego ciepły oddech owionął moją szyję.
- Ja chyba też się w tobie zakochałam – odwróciłam się w jego stronę i złożyłam delikatny pocałunek na jego malinowych ustach.
Związek z Harrym nie był taki, jak inne. Dopiero przy tym chłopaku poczułam, co to jest miłość.  Dopiero przy nim mogłam zachowywać się, jak prawdziwa ja, a nie egoistyczna dziewczynka wychowywana przez bajecznie bogatych rodziców. Harry nie był ze mną dla pieniędzy moich rodziców czy drogich prezentów. On był ze mną, dla mnie. Widział we mnie człowieka, dobrego człowieka.
Na odsłoniętych dłoniach poczułam kroplę deszczu. Po niej kolejną i kolejną. Padało. Mżawka zamieniła się w ulewny deszcz.
W odróżnieniu od innych ludzi ja lubiłam deszcz. Lubiłam, gdy zimne krople spadały na moje ciało. Wtedy wszystkie złe rzeczy ulatywały z mojego umysłu i oczyszczały moje sumienie. Cały brud i wina spływały z mojego serca i oczyszczały je, pozostawiając nieskalane, a jednak z rysą ciągnącą się przez całą jego połowę. Przecież coś, co zostało już raz sklejone, nadal ma ślady zniszczenia.
- Naprawdę musimy tam iść? -  nie mogłam się skupić, ponieważ Harry marudził mi tuż nad głową.
- Słońce, dobrze wiesz, jak bardzo ważny jest ten bankiet dla moich rodziców. Mógłbyś przez chwilę mi nie przeszkadzać, bo próbuję się pomalować? – ręka mi się trzęsła, gdy wyciągałam tusz do rzęs.
- Oczywiście- delikatnie cmoknął mnie w policzek – a co mam ubrać?
- Ah, Harry, ale ty jesteś nieporadny.
- Doradzisz mi?
- Masz jakiś garnitur? – spojrzałam na niego, nakładając tusz. Chłopak chwilę pogrzebał w szafie i przedstawił mi swoją propozycję:
- Ten może być?
- Załóż go, potem ocenię – odwróciłam z  powrotem wzrok do lustra i dokończyłam się malować. Wstałam od toaletki i wygładziłam ubranie. Miałam założoną czarną sukienkę z pudrowymi wstawkami, nieco przed kolano i czarne szpilki.
- Co ty na to? – Harry wszedł do pokoju. Ubrany był w czarny garnitur, a w małej kieszonce na prawej piersi miał białą różyczkę.
- Wyglądasz bardzo seksownie – uśmiechnęłam się zadziornie i przysunęłam swoje usta do jego.
- Ty jeszcze bardziej – złapał mnie za rękę i poprowadził do auta. Zapieliśmy pasy i
Harry ruszył do posiadłości moich rodziców.
Była to średniej wielkości rezydencja, z dużym ogrodem i fontanna pośrodku.
- Gdzie twoi rodzice? – brunet otworzył mi drzwi i przytrzymał, bym mogła spokojnie wysiąść. Chwyciłam jego gładką dłoń i poprowadziłam do domu. Nie musieliśmy długo szukać moich rodziców, gdyż przywitali nas już w progu.
- Mamo, tato pamiętacie Harry’ego? – przywitałam się z rodziną i przedstawiłam chłopaka.
- Harry, jak miło cię widzieć – mój ojciec, jak zwykle świecił kulturą. Fałszywą kulturą.
- Mi również bardzo miło pana widzieć – byłam pod wrażeniem zachowania Hazzy. Idealnie wybrnął z sytuacji, z której nie było wyjścia. Cały Harry. Idealny w każdym calu.
- Chodźcie razem z nami do ogrodu – nienagannie ubrana mama ruchem ręki zachęciła nas do dalszego podziwiania terenu. Nie czułam się tutaj jak w domu. To zresztą nigdy nie był dom, tylko wielkie muzeum, zapełnione drogocennymi obrazami, diamentowymi wazami i innymi teoretycznie „potrzebnymi” rzeczami.
- Są Judith i Janette? – spytałam z nadzieją, że moje przyjaciółki nie zostały zaproszone na przyjęcie.
- Tak, czekają w ogrodzie – tata jakby nie wyczuł mojej niechęci i poprowadził nas do centrum zabawy.
- Czujcie się jak u siebie – zostawili nas samych.
- Chodźmy się czegoś napić – pociągnęłam chłopaka w stronę stołów z przekąskami i napojami. Wzięliśmy po kieliszku szampana i usiedliśmy na ławce, pod wielkim dębem.
- Z jakiej okazji jest ten bankiet?
- Tak naprawdę, to nie ma żadnej okazji. Moi rodzice robią te głupie przyjęcia co roku, byle żeby zapełnić sobie jakoś czas.
- Tak, oczywiście – zmieszany chłopak przechylił kieliszek z szampanem.
- Ostrzegam, że wcale nie jest dobry – uprzedziłam go.
- Skąd w… - nie dokończył, bo zobaczyłam nadchodzącą Judith i szybko wstałam, przerywając mu:
- Zaraz wrócę – odłożyłam kieliszek na miejsce obok niego i poszłam do  Judith. Nie chciałam z nią rozmawiać przy Harrym, więc gestem wskazałam, byśmy poszły do środka.
- Kto to jest? – Janette przymknęła drzwi od pokoju.
- Harry.
- Ona pytała, kto to jest? – naciskała na mnie Judith.
- Mowiłam, że Harry.
- Dobra, to może inaczej. Kim on jest?
- Chłopakiem – nie miałam pojęcia, co mogłabym im powiedzieć.
- Kim on jest dla ciebie? Chłopakiem? Kolegą? Przecież jesteś naszą przyjaciółką, chcemy wiedzieć.
- Umm.
- Jesteś z nim? – dziewczyny zapędziły mnie w kozi róg. Gdy tylko dowiedzą się, że jestem z Harrym, zaczną knuć i poniżać nas obu.
- Nie mogłabym być z takim wieśniakiem jak on – słowa same wypływały z moich ust, a ja ich nie kontrolowałam. Kłamałam jak z nut.
- Kim są jego rodzice? – dla nich ważne były tylko pieniądze. Janette wykrzywiła się.
- Mają hodowlę psów – odparłam z pogardą i zaśmiałam si ę złośliwie.
- To on nie śmierdzi? – Judith chciała mnie sprowokować. Udało jej się.
- Nie, chyba porządnie si.. – nie dokończyła, bo w korytarzu usłyszałam huk tłuczonego szkła. Wybiegłam na korytarz i zobaczyłam oddalającą się postać Harry’ego.
-Poczekaj! – krzyknęłam i ruszyłam w jego stronę. Przez wysokie obcasy poruszałam się wolniej niż Harry, ale jakimś cudem go dogoniłam.Chwyciłam go za rękę, ale ją wyszarpnął.
- Harry proszę cię, poczekaj – krzyknęłam zrezygnowana.
- Teraz mnie prosisz? Prosisz o coś tego „biednego wieśniaka” ? Nienawidzę kłamców, pamiętaj.
Od tamtego momentu nigdy więcej nie widziałam polokowanego bruneta. Wszedł do auta i odjechał. Zostawił mnie. Nie dziwię się. Zachowałam się okropnie. Na jego miejscu zrobiłabym to samo.
Do dzisiaj sama nie potrafię zrozumieć, dlaczego zrezygnowałam z miłości dla fałszywych przyjaciółek.  Dobrowolnie zrezygnowałam z chłopaka, na którym zależało mi najbardziej na świecie. Wtedy pokazałam, jak bardzo głupia i niedojrzała byłam.
Ten błąd pozostawił w moim sercu największą bliznę. Z Harrym przeżyłam najpiękniejsze chwile mojego życia i nigdy ich nie zapomnę.
Mam nadzieję, że gdziekolwiek on jest, pamięta o mnie. Pamięta tą dziewczynę, w której się zakochał, a nie tą, która tak go okłamała i wyśmiała. Bo ta dziewczyna naprawdę go kochała. I nadal kocha.
Deszcz przestał padać i znów pojawił się księżyc. Znów do mojej głowy wkroczyły potępiające mnie myśli i złe wspomnienia. Moje sumienie nie pozwalało zapomnieć o największym błędzie, jaki w życiu popełniłam. Byłam winna.
Witam Was ostatnią częścią tego imagina. Pewnie będziecie złe za taki obrót spraw, ale co ja za to mogę. Takie miałam założenie na tego imagina od początku i chciałam, żeby tak się skończył. Mam nadzieję, że jest on w porządku.
Jeśli bardzo szybko dobijecie do 70 komentarzy, to postaram się wstawić szybko pierwszą część nowego imagina. Chciałabym wiedzieć, ile osób czytało to opowiadanie.

P.S. Mamy już wybraną zwyciężczynię, więc niedługo pojawi się stosowna notka. Domyślacie się skarby, kto to może być? 
Kocham                       
~Agata
Szablon by S1K